O autorze
Menadżer kultury, promotor koncertowy, producent muzyczny, dziennikarz radiowy i wydawca płytowy. Zaczynał od polityki i dziennikarstwa. Wybrał muzykę i show biznes. Prezes Zarządu Fundacji Narodowe Centrum Muzyki, a także wytwórni płytowej STX Records. Współwłaściciel agencji marketingu muzycznego STX JAMBOREE. Twórca serii płyt Pozytywne Wibracje, a także dyrektor artystyczny festiwalu pod taką nazwą. Współproducent gal wręczenia najważniejszych polskich nagród muzycznych Fryderyk. Organizował w Polsce koncerty takich artystów jak Macy Gray, Angie Stone, Seal, Kylie, Grace Jones, Raphael Saadiq, ZAZ, Scoropins, US3, Chambao, Gabin, Woody Allen & His New Orleans Jazz Band, Al Di Meola, Take 6, De-Phazz, The Brand New Heavies, Incognito, M People & Heather Small, Giulia Y Los Tellarini, !Deladap, Dimitri From Paris, Galliano, Funkstar De Luxe, Sophie Solomon, The Manhattan Transfer, New York Voices, No Jazz, Ive Mendes i wielu innych. Ekspert i twórca marketingu muzycznego w Polsce. Członek Stowarzyszenia Komunikacji Marketingowej SAR i Klubu Agencji Eventowych. Były Dyrektor Artystyczny i Repertuarowy (A&R) Universal Music Polska, menadżer Anny Marii Jopek, szef działu kultury tygodnika Gala, dziennikarz Radia PIN (przez 8 lat prowadził autorską audycję Pinacolada), stały współpracownik i felietonista miesięcznika Playboy oraz tygodnika Przekrój. Współtwórca warszawskiego klubu Filtry na początku lat 90-tych oraz członek prezydium Międzyszkolnego Komitetu Solidarności w latach 1988 – 1990. https://twitter.com/strzcinski

Wakacje w Excelu

Wietnam Południowy
Wietnam Południowy Fot. Stanisław Trzciński
Kto z nas nie marzy o dalekich podróżach? Jeśli chcesz zakosztować egzotycznych i luksusowych wakacji w Indochinach, nie musisz wydawać fortuny.

Poniżej postaram się opisać swój pomysł na optymalizację kosztów podróży marzeń. Korzystając z bezpośrednich połączeń czarterowych, a także poprzez bezpośrednie negocjacje ceny wynajmu najpiękniejszych willi w topowych, butikowych resortach - przepiękna, południowa części Wietnamu jest w zasięgu ręki.

Wielu bliższych i dalszych znajomych wie, że kocham podróże. Podobnie jak coraz więcej Polaków. Los oraz, co podkreślam - ciężka praca, spowodowały, że w ciągu ostatnich 25 lat odwiedziłem kilkadziesiąt państw Afryki oraz Azji, a także kilka krajów Ameryki Południowej. Stany Zjednoczone na razie znam wyłącznie od strony wielkich metropolii. Natomiast w ostatnich latach, od kiedy mam syna i kredyt we frankach, z radością odkrywam kolejne zakątki Europy. Szczególne południowej.



Zdarzyło mi się jednak ostatnio kilka dalszych wyjazdów. Krótszych niż kiedyś, ale równie treściwych. Bardziej „sposobem”, niż za duże pieniądze, których aktualnie brakuje. Wakacje trzyosobowej rodziny są droższe niż wakacje pary. To oczywiste. Ale nie do końca. Bo okazuje się, że wiele cen można negocjować.



I tak, mimo ewidentnych problemów budżetowych, na zimowe ferie wybraliśmy się z rodziną do Wietnamu. Płacąc mniej niż wielu naszych znajomych, bawiących na nartach, tak w Polsce, jak i w Alpach. W dobie wszechwładnego Facebooka, po opublikowaniu zdjęć z kilku malowniczych miejsc, wielu przyjaciół poprosiło o radę. Nie znali dotąd aż tak pięknych i czarujących miejsc w Wietnamie. Jak zrealizować podobną trasę i wydać jak najmniej pieniędzy? Ten tekst jest odpowiedzią.



Między innymi dlatego nie porywam się w nim na opisywanie przyrody, architektury, smaków potraw, spotkań z ludźmi, czy emocji, jakie budziły się w nas na różnych etapach podróży. Zostawiam to zawodowym podróżnikom – dziennikarzom. Pokazuję z grubsza opis wietnamskich wakacji w Excelu. Tekst okraszam wszak licznymi zdjęciami, licząc na znaczne pobudzenie wyobraźni estetycznej moich czytelników. Tam odnajdą Państwo klimat tego Wietnamu, który było dane nam zobaczyć.



Nie jest to może podróż za jeden uśmiech, ale już nie tylko dla bogaczy. Kiedyś jeździłem z plecakiem po backpackerskich miejscach. Teraz nie mam już na to siły, a przede wszystkim czasu. Dlatego od kilku lat miksuję obie opcje.



A zatem z jednej strony postanowiliśmy, jak za starych dobrych czasów, skakać z miejsce na miejsce, bo to lubimy najbardziej! Uznaliśmy, że nasz czteroletni syn jest już w pełni gotowy na taką wędrówkę. Ponieważ nasza podróż miała trwać tylko 2 tygodnie, ograniczyliśmy ją do stosunkowo niewielkiej, ale jakże pięknej, południowej części Wietnamu. Zrezygnowaliśmy z dokładnej eksploracji Delty Mekongu, a także na wpół dzikiej wyspy Phu Quoc, stawiając na topowe miejsca położone w promieniu kilkuset kilometrów od Sajgonu. Kilka tygodni poszukiwań w internecie opłaciło się!



Postanowiliśmy zrekompensować sobie krótsze wakacje dobrymi i bardzo dobrymi hotelami. I nie chodziło nam o luksusy i komfortowe noclegi, ale o spędzenie czasu, właściwie od rana do wieczora, w pięknym otoczeniu. Takie miejsca to zwykle wiele hektarów bajecznych ogrodów, plantacji, lagun, rzeczek, świetne plaże. Domki duże - architektoniczne perełki. Poczucie prywatności, wygoda, czy estetyka takich miejsc to jedno, ale brak tłumów turystów to walor nie do przecenienia. Zwykle nie korzystam z usług specjalistów. Sam wynajduję hotele i środki transportu. Te pierwsze sprawdzam zwykle poprzez serwisy booking.com i tripadvisor.com. Ale nie tylko.



Nie każdy to potrafi, ale zawsze zachęcam do indywidualnego konstruowania planu takiego wyjazdu. Owszem, zawodowo jako producent oraz organizator wydarzeń, a prywatnie jako globtroter amator z blisko 25-letnim doświadczeniem, nie mam z tym problemu. Ale jestem przekonany, że każda średnio rozgarnięta osoba znająca języki poradzi sobie nie gorzej ode mnie. Jest dla mnie także naturalne, że duża część ludzi preferuje kupno gotowego pakietu. Mając na miejscu do dyspozycji mówiącego po polsku pilota. I niczym się nie zajmować.

Ja z kolei chciałbym, aby biura podróży w Polsce rozwijały swoją ofertę dla takich rodzin jak nasza. Zaoszczędziłbym dzięki temu sporo czasu. Standardowo, niestety, mamy bardzo ograniczony wybór - między brzydkimi, wielkimi resortami all inclusive, albo koszmarnie drogą ofertą dla bogaczy jeżdżących np. na Malediwy i Mauritius.

Przechodzę więc do konkretów.



Po pierwsze, od kiedy mamy dziecko, pilnie śledzę i przeglądam oferty wiodących, polskich oraz międzynarodowych biur podróży. W poszukiwaniu atrakcyjnych ofert „last minute”. Zwykle takie poszukiwanie kończy się zaskakującym i poniekąd gorzkim wnioskiem, że nie stać nas na wyjazd na przykładową grecką wyspę Kos do czterogwiazdkowego hotelu w czasie wakacji (poza wakacjami jest tam zimno), albowiem zwykle nie kosztuje to mniej niż 17 000 - 20 000 zł z przelotami i wyżywieniem dla 3 osób. I za co te 20 tysięcy? Hotel kołchoz i nudny pobyt z tysiącem ryczących dzieciaków. Te, a nawet mniejsze pieniądze można wydać znacznie lepiej.



Po drugie, tak samo pilnie śledzę oferty linii lotniczych oraz wielu portali specjalizujących się w wynajdywaniu tanich przelotów. Mamy już coraz więcej nietypowych połączeń z Polski oferowanych przez tanie linie lotnicze. Ale i tu promocje zdarzają się wyłącznie w określonych i nie do końca atrakcyjnych dla mnie terminach. Kwestia zgrania: nasz urlop - ich oferta. Co nie jest łatwe.



Po trzecie, i tutaj trochę optymizmu, w tym sezonie pojawiły się na rynku wynajmowane przez biura podróży loty czarterowe Dreamlinera, operowane przez LOT. Nareszcie do pięknych i egzotycznych miast. Bezpośrednie oraz wygodne połączenia, które normalnie kosztowałyby dwa albo trzy razy więcej. Loty zajmujące zwykle 25 – 28 godzin, dzięki tej ofercie odbywają się w 10 – 12 godzin. Podkreślę, że w odróżnieniu od klasycznych lotów czarterowych – te są o wyjątkowo dogodnych porach dnia (wyloty oraz przyloty). I kosztuje to o połowę mniej niż połączenia oferowane przez sam LOT.

Wybraliśmy ewidentnie najkorzystniejszą i najbardziej atrakcyjną ofertę biura Rainbow Tours. Lot Dreamlinerem do Sajgonu, czyli oficjalnie: Ho Chi Minh. Standardowo to minimum dwie przesiadki, długie oczekiwanie podczas międzylądowań, no i koszmarna, zaporowa cena - w zależności od terminu od ok. 4 do 7 tysięcy zł za jedną osobę (wyjątki opisuję poniżej). Ale dzięki sensownej kalkulacji tego biura podróży, jedno miejsce w Dreamlinerze kosztuje już od 1800 złotych! Średnio ok. 2300 zł. Oczywiście nie w gorącym okresie świąteczno – noworocznym, ale przecież w drugiej połowie stycznia pogoda w południowej części Indochin jest znacznie lepsza niż w grudniu. W ciągu 14 dni deszcz pojawił się dwa razy. Padało raptem około 20 minut. Poza tym „lampa”. Temperatury na południu Wietnamu od 28 do 32 stopni, zaś w nocy około 21.



Rainbow Tours podpisało umowę z LOT na 2 lata, myślę więc, że jeszcze skorzystamy z ich oferty. Super okazyjne loty do Durban w RPA, Cancun w Meksyku, Varadero na Kubie, Colombo na Sri Lance, a także do Bangkoku w Tajlandii.

I do Sajgonu w Wietnamie. Dokąd można znaleźć jeszcze inne, troche droższe (ale wciąż tanie - na dziś ok 3 tys zł) i mało wygodne opcje dolotu z Polski (np. 20 godzinne przesiadki i zmiany lotnisk). Albo korzystając z wieloetapowych połączeń Qatar Airlines, albo z niezbyt bezpiecznych, moim zdaniem, rosyjskich linii lotniczych Aeroflot. Można także szukać łączenia dolotów do większych miast europejskich znanymi przewoźnikami międzynarodowymi lub tanimi liniami z dalszym odcinkiem lotu do Sajgonu wietnamskimi przewoźnikami, w szczególności Vietnam Airlines (zwykle najtaniej jest przez Paryż).



Kolejna dobra wiadomość! Wietnam jest bardzo tanim krajem. Jedzenie, przejazdy i przeloty lokalnymi liniami kosztują dużo mniej niż na przykład w Tajlandii. W tej części kraju, w której my byliśmy, szczepienia nie były potrzebne. Na przełomie stycznia i lutego było niewiele komarów (o ile wiem, malarii nie odnotowuje się), zaś w samym Sajgonie są doskonałe, międzynardowe szpitale, podobnie jak w Bangkoku. Dla nas to zawsze istotna informacja.



W Wietnamie nie można wynająć samochodu. To znaczy można, ale wyłącznie z kierowcą. Takie prawo dla turystów, w Wietnamie wciąż nie są honorowane zagraniczne oraz międzynarodowe prawa jazdy. Ma to się zmienić. Do tego pomimo wielu doświadczeń w Indiach, czy Indonezji, mogę powiedzieć, że nigdzie na Ziemi nie spotkałem się z tak intensywnym ruchem na motorach, które nigdy nie zatrzymują się, kiedy piesi przechodzą po pasach. One tych ludzi jedynie omijają bez zwalniania.



Zatem zdecydowaliśmy się skorzystać z pociągów i takich właśnie przejazdów z kierowcami. Oraz z jednego, wewnętrznego połączenia samolotowego liniami lokalnymi. Podróżowanie pociągami na trasach ok. 400 km kosztuje średnio 60 dolarów za trzyosobową rodzinę. W pierwszej klasie z klimatyzacją (tzw. soft seats). I to jest najlepsza forma podróżowania po Azji. Szczególnie dobrze wspominam spotykanych przy tej okazji Wietnamczyków. Nie wiem, jak się porozumiewaliśmy, a jednak :) Samochody z kierowcami oraz air condition za podobne dystanse będą kosztowały około 100 – 120 dolarów. W przypadku krótkich przejazdów samochodami – koszt ok. 50 dolarów. Przelot powrotny Vietnam Airlines z Nha Trang do Sajgonu kosztował nas ok. 100 dolarów za całą rodzinę.



W Wietnamie spędziliśmy dokładnie 2 tygodnie, w tym czasie odwiedziliśmy 4 różne miejsca, a w nich 5 różnych hoteli. Kosztujących nas po negocjacjach średnio od około 200 do maksymalnie 400 dolarów za noc plus podatki (10% podatek państwowy + 5% service tax) dla 3 osób z dodatkowym łóżkiem (wszystkie hotele były 5 gwiazdkowe i w cenie proponowały szereg dodatków oraz udogodnień). Podkreślam, że w całym Wietnamie niezłe 3 gwiazdkowe hotele kosztują jedynie od około 50 do 100 dolarów. Zastrzegam też, że nie przyjmuję reklamacji, jeśli ktoś nie zdoła wynegocjować dla siebie dobrych cen, zmieni się sytuacja w opisywanych miejscach, czy nie będzie mu się podobało w Wietnamie.

Sajgon

Odkryciem wyjazdu były dwa czarujące, bardzo małe i luksusowe hotele spod znaku An Lam. Trudne do "namierzenia". Dowód na to, że warto poszperać w internecie. Wpisując wyrazy kluczowe w Google.

W pierwszym z nich spędziliśmy dwie noce po przylocie z Warszawy - An Lam Private Residences Saigon River. Do wyboru pokoje albo wille z basenami. Romantycznie położony nad przepiękną rzeką, około 20 minut motorówką od centrum miasta. Bardzo lubiliśmy pływanie motorówką hotelową z sympatycznym kapitanem.



Miło wspominam pierwszy wieczór, zaraz po przylocie. Czas spędzony na tarasie domu, skąpanego w zieleni i letniej temperaturze, był naprawdę magiczny. Obserwowałem niespiesznie przepływające barki i łódki, wsłuchując się w rechot wietnamskich żab. Z piwem, przy stoliku, pod drzewem. To jest chill. Zapamiętałem także uroczą, małą restauracyjkę hotelową z widokiem na rzekę.



Podkreślę, że nie tylko ładne otoczenie hotelu zrobiło na nas wrażenie, bardzo podobał nam się też Sajgon. Przepiękne, żywe miasto, z niezwykle ciekawą architekturą oraz wyczuwalną historią. Chcielibyśmy kiedyś wrócić tam na dłużej. Dużo postkolonialnych budynków obok drapaczy chmur. Fajny, azjatycki klimat.



Podobno ludzie w Sajgonie są znacznie sympatyczniejsi od mieszkańców Hanoi i północnych regionów kraju. Podobno nawet wyglądają inaczej - są ładniejsi i bardziej przystojni. Nie miałem porównania, ale to bardzo możliwe.

W ostatniej chwili byliśmy zmuszeni odwołać zwiedzanie kultowej sieci podziemnych tuneli Cu Chi. Odwiedziliśmy za to m.in. muzeum wojny i gmach opery sajgońskiej. W Wietnamie nadal można natknąć się na rozmaite pamiątki i pozostałości po wojnie z Amerykanami.



Lubiliśmy wielogodzinne spacery po centrum Sajgonu. Zaskakuje duża ilość eleganckich sklepów. Ale także księgarni, targów, knajpek, barów i kościółków. Warto spędzić tutaj 3 dni. O drugim hotelu An Lam napiszę w dalszej części tekstu.



Mui Ne

Drugim odkryciem była miejscowość Mui Ne – najlepsze, co można polecić nad morzem po opuszczeniu Sajgonu. Pojechaliśmy tam pociągiem i zostaliśmy 5 dni.



Szeroka plaża, piękne palmy, ciepłe morze.



Raj dla miłośników pływania na kite’ach. Setki, jeśli nie tysiące miłośników tego sportu wokół robią niepowtarzalny klimat.



Także wieczorami - w restauracjach i barach. Mieszka tam kilku naszych znajomych, między innymi Andrzej Meller, pisarz i dziennikarz Tygodnika Powszechnego (właśnie pisze swoją kolejną książkę o Wietnamie) oraz Paweł Dejmek, człowiek pasjonujący się motoryzacją.



Dzięki nim, w krótkim czasie poznaliśmy obłędną kuchnię wietnamską, z wielką ilością owoców morza. Były też i inne rarytasy, w tym smaczne (niestety) mięso krokodyla, czy żaby i rekiny. Albo bimber pędzony na żmijach. A wszystko za grosze. Świetne piwo nie kosztuje nawet dolara, pełny owoców morza trzydaniowy obiad dla 4 osób – ok. 20 dolarów.



W Mui Ne wybraliśmy hotel renomowanej i znanej nam z Tajlandii sieci - Anantara Mui Ne (one bedroom pool villa). Oferuje go także Rainbow Tours. Jeśli ktoś woli opiekę i objaśnienia w języku polskim profesjonalnego pilota, czy też jeśli ktoś jest miłośnikiem wakacji all inclusive, to w obydwu przypadkach skorzystanie z biura podróży jest dobrą opcją. Tym bardziej, że klienci biur mają pierwszeństwo na miejsca w swoich czarterach.



Anantara Mui Ne był jedynym tak dużym hotelem podczas naszej podróży. Ale za to niedrogim, eleganckim i bardzo przyjaznym. Doskonale położonym. Ze świetnym kids clubem dla dzieci. Miło wspominamy. Oczywiście jedliśmy wyłącznie poza hotelem, tak wolimy.



Nha Trang

Po Mui Ne pojechaliśmy pociągiem na północ do Nha Trang, zwanego nie bez przyczyny wietnamskim Soczi. Woda ma tu ten magiczny, turkusowy kolor.



Gdyby nie fantastyczny hotel Evanson Ana Mandara, powiązany z siecią Six Senses, sam pobyt tam byłby jednak klapą.



Miasto jest brzydkie i pełne turystów. Podobno i tak mieliśmy szczęście, bo w tym roku przyjechało aż 80 proc turystów mniej niż rok temu.



Poza tym te rosyjskie napisy na restauracjach oraz sklepach...



Owszem, może i warto zobaczyć. Świadczą o Wietnamie.



W końcu to Socjalistyczna Republika Wietnamu.



Były także i w turystycznej części Mui Ne. Ale nie aż w tak przytłaczającej ilości jak tutaj.



Miejsce to, samo w sobie, nie jest warte odwiedzenia w czasie krótkiej podróży. Ale jedną noc w Evansonie warto spędzić.



Dzięki uprzejmości hotelu dostaliśmy darmowy upgrade z willi ogrodowej do willi na plaży. Ładny, dyskretny design.



Kosmicznie smaczne śniadania ze wszystkim, co można sobie wymarzyć. Otoczenie resortu pierwsza klasa.



W Nha Trang warto zwiedzić wieże Po Nagar Cham hinduistycznej świątyni czamskiej z VIII w n.e. łączące kulturę wietnamską i hinduską. Z fantastyczną panoramą miasta.



Ale ogólnie nie polecamy i szkoda, że spędziliśmy tam aż 3 dni.



Ninh Van Bay

Nha Trang to była nasza baza wypadowa do cudownej zatoki Ninh Van Bay. Trzeciego i bezsprzecznie najpiękniejszego odkrycia tego wyjazdu.



Tam kręcone były sceny do jednego ze starych Jamesów Bondów. Godzina drogi od kurortu, z tego 40 minut taksówką (najlepiej zamówić z ulicy) i 30 minut hotelową motorówką, co jest dodatkową atrakcją. Wystarczy, aby przenieść się do innego świata. Widoki nieziemskie, góry, pagórki, wyspy, półwyspy, skały, turkusowe morze, plaże jak z reklam.

Drugi hotel z małej, butikowej sieci An Lam (pierwszy opisałem powyżej opisując wizytę w Sajgonie) nazywa się An Lam Villas Ninh Van Bay. Spędziliśmy w nim 3 noce. To już absolutny raj.



Tam, w bajecznej okolicy, wielkie (ok. 200 m kw) i bardzo gustownie urządzone wille z basenami. U podnóża góry, nad naturalną laguną oraz niewielką, ale wspaniałą plażą.



W sumie około 30 gości oprócz nas. W ciągu dnia spotyka się maksymalnie kilka osób. Daje to poczucie intymności i rzeczywiście pozwala na relaks.



Ceny niewiele większe niż w trzygwiazdkowym hoteliku Villa Sedan w Sopocie. A po negocjacjach jeszcze taniej :)



Po 3 nocach spędzonych w tym miejscu, przenieśliśmy się na ostatnie 4 dni do odległego o 5 minut motorówką hotelu Six Senses Ninh Van Bay. Był to najbardziej luksusowy i najdroższy z hoteli, które odwiedziliśmy. Na deser. Topowa architektura ośrodka, bardzo dobra obsługa, piękne skały dookoła, godne polecenia restauracje, poczucie prywatności na odpowiednim poziomie.



Mieszkaliśmy w dwupiętrowej willi z basenem położonej na samej plaży, której potężny kawałek mieliśmy wyłącznie do swojej dyspozycji.



„Nicnierobienie”, rytm stricte plażowy. Godne polecenia spa i masaże. Dobry i kameralny kids club z doskonałą obsługą. Nasz syn uwielbiał tam chodzić.



Ale per saldo, gdyby nie potężna, wynegocjowana zniżka - pomimo cieplejszych basenów i cieplejszej wody w morzu, nie wart aż takich pieniędzy, jakie sobie winszuje. Ale dla ludzi lubiących luksus na najwyższym poziomie - to jest place to be.



Dla amatorów drogich hoteli mam jeszcze jedną dobrą informację, zarówno w obydwu hotelach w zatoce Ninh Van, jak i w hotelu pod Sajgonem, do dyspozycji gości jest osobisty butler, ktoś na kształt troskliwego, acz nienarzucającego się asystenta, pomocnika i kamerdynera w jednym.



Czego nie zobaczyliśmy

To, czego nie zobaczyliśmy w Wietnamie, a wiemy, że warto to oczywiście środek kraju i północ. Hanoi, Hoi An, Hue, czy zatoka Ha Long. Oczywiste i wspaniałe miejsca. Ale uwaga, to bardzo rozległy kraj. A właściwie „rozciągły”. Akurat teraz jest tam zima i są niedobre warunki atmosferyczne. Na północy zimno. Zatem nie żałujemy, że to było tylko południe.



Kolejny tydzień, którego niestety nie mieliśmy, spędzilibyśmy na pływaniu w delcie Mekongu, wokół Can Tho. A także na eskapadzie na malowniczą wyspę Phu Quoc (miejsce polecane przez wielu znajomych - nasze marzenie od lat). Ale nie można mieć wszystkiego. Może kiedyś tutaj wrócimy. Polecam także rejs z Sajgonu do Siem Reap w Kambodży, aby zwiedzić magiczne ruiny Angkor Wat. Byłem tam w 1997 roku i nie ma chyba bardziej egzotycznego miejsca na ziemi.

Moje subiektywne zdanie, oparte wyłącznie na moich własnych obserwacjach, jest takie, że Wietnam, w odróżnieniu od trochę droższej Tajlandii, nie jest wcale krajem, gdzie jest dużo podobnych magicznych półwyspów, wysp, czy małych, ale i szlachetnych hoteli. Z tak malowniczymi widokami. Nie ma ich chyba więcej niż kilkanaście, może 20 w skali całego południa kraju. Trzeba być ostrożnym w wybieraniu miejsc, które planujemy odwiedzić. Łatwo się pomylić, o czym przekonało się paru naszych znajomych. Co innego w przypadku hoteli 3 gwiazdkowych i backpackerskich, tych jest w bród, a wybór jest duży.




Natomiast wg mojej oceny (wiem, że zabrzmi to banalnie) nie ma lepszego sposóbu na szczęśliwe i udane wakacje, niż dobre nastawienie, delektowanie się każdym miejscem, chwilą, potrawą, zachodem słońca, drinkiem, czy wreszcie napotkanym człowiekiem. Albo chociaż totalny reset, bez załatwiania biznesów, bez klasycznej mailowej, czy telefonicznej łączności z krajem. A jeśli ktoś zwalczy w sobie pokusę zaglądania do Facebooka i Instagramu - osiągnie prawdziwą nirwanę. Ja takowej jeszcze nie zakosztowałem.

Reasumując, przepustką do bajkowego wyjazdu stał się sensowny, niedrogi lot czarterowy. Dalej, wykup biletów na pociągi i na lokalny samolot oraz wynalezienie jak najmniejszych i jak najbardziej malowniczo położonych hoteli. Zawsze można negocjować, pisać maile do działów rezerwacji hotelowych. Szkoda czasu? Kiedy nie ma pieniędzy, a jest głód wakacji - warto. I to daje efekty! Dodam tylko, że wybór daty jest kluczowy. Musi być dobra pogoda, ale unikajmy super high season, czyli w szczególności okresu świąteczno – noworocznego. W przeciwnym razie hotele nie zaoferują zniżek.



Warto także negocjować takie detale, jak dodatkowe łóżko dla dziecka oraz przejazdy do i z lotniska czy dworca kolejowego w cenie pokoju, darmowe śniadania dla wszystkich, a także zniżki na jedzenie, napoje (poza alkoholami), spa (poza pakietami) oraz wycieczki (w tym uwzględnianie w cenie wyjazdów dla 2 osób dodatkowego miejsca dla dziecka). Jeden z hoteli zaproponował darmowe kids menu dla naszego syna przez cały pobyt. Do tego kluczowe było dla nas włączenie do programu wyjazdu pobytów w Sajgonie oraz Mui Ne, bez których nie poznalibyśmy prawdziwego życia Wietnamu. Dalej, rajski tydzień w miejscu odosobnienia w zatoce Ninh Van Bay. I założenie, że w jednym miejscu spędzamy około 3 dni. Do tego wszędzie kids menu i dobrze dobrane jedzenie dla małych dzieci, a także świetne baseny, w których młody pływał kilka godzin dziennie. A wszystko za cenę stacjonarnego pobytu w średnim hotelu na Krecie, z kotłem jedzenia bufetowego.

Można? Można.



Przekleństwem okazało się jedynie wszechobecne wi- fi. W każdym z odwiedzanych miejsc dochodziły do nas - kredytobiorców koszmarne wiadomości o perypetiach z frankiem. Co nie zdołało nam popsuć tego wyjazdu, ale bez wątpienia było najgorszym „tłem”, jakie można sobie wyobrazić po „heroicznej” decyzji o wydaniu pieniędzy na choćby najtańsze wakacje marzeń. Ale „takie” naładowanie baterii do dalszej pracy jest jednak bezcenne. Tak samo jak wspomnienia z „takiej” podróży naszego dziecka. No i realizacja marzeń. Po co to ten wyścig szczurów, jeśli nie dla takich chwil właśnie? Polecam każdemu.

Trwa ładowanie komentarzy...