O autorze
Menadżer kultury, promotor koncertowy, producent muzyczny, dziennikarz radiowy i wydawca płytowy. Zaczynał od polityki i dziennikarstwa. Wybrał muzykę i show biznes. Prezes Zarządu Fundacji Narodowe Centrum Muzyki, a także wytwórni płytowej STX Records. Współwłaściciel agencji marketingu muzycznego STX JAMBOREE. Twórca serii płyt Pozytywne Wibracje, a także dyrektor artystyczny festiwalu pod taką nazwą. Współproducent gal wręczenia najważniejszych polskich nagród muzycznych Fryderyk. Organizował w Polsce koncerty takich artystów jak Macy Gray, Angie Stone, Seal, Kylie, Grace Jones, Raphael Saadiq, ZAZ, Scoropins, US3, Chambao, Gabin, Woody Allen & His New Orleans Jazz Band, Al Di Meola, Take 6, De-Phazz, The Brand New Heavies, Incognito, M People & Heather Small, Giulia Y Los Tellarini, !Deladap, Dimitri From Paris, Galliano, Funkstar De Luxe, Sophie Solomon, The Manhattan Transfer, New York Voices, No Jazz, Ive Mendes i wielu innych. Ekspert i twórca marketingu muzycznego w Polsce. Członek Stowarzyszenia Komunikacji Marketingowej SAR i Klubu Agencji Eventowych. Były Dyrektor Artystyczny i Repertuarowy (A&R) Universal Music Polska, menadżer Anny Marii Jopek, szef działu kultury tygodnika Gala, dziennikarz Radia PIN (przez 8 lat prowadził autorską audycję Pinacolada), stały współpracownik i felietonista miesięcznika Playboy oraz tygodnika Przekrój. Współtwórca warszawskiego klubu Filtry na początku lat 90-tych oraz członek prezydium Międzyszkolnego Komitetu Solidarności w latach 1988 – 1990. https://twitter.com/strzcinski

Telewizja głupieje przez widzów, a Polacy głupieją przez telewizję. Czy zgłupieli wszyscy?

Powodem tabloidyzacji całej Polski jest raczej brak wizji rozwoju obywateli naszego kraju wśród kadry zarządzającej w każdej instytucji i na każdym szczeblu. A także krótkowzroczność właścicieli mediów. Mniej winny jest ewidentnie coraz bardziej ogłupiały naród. Zresztą nie cały.

W poniedziałek dyskutował o tym z gośćmi w swoim programie w TVP2 Tomasz Lis. Inspiracją dla redaktora Lisa była fala oburzenia, która kilkanaście dni temu przetoczyła się przez polskie media po tym co powiedział na temat polskiego telewidza Grzegorz Miecugow w wywiadzie dla Gazety Wyborczej. Zdaniem Lisa wielu ludzi pracujących w mediach po cichu przyznaje rację dziennikarzowi. Wcześniej wielu komentatorów podsumowało słowa Miecugowa mniej więcej tak: "Dziś największą słabością mediów jest odbiorca - stwierdził, odpierając zarzuty o tabloidyzację mediów i obniżenie oferty stacji, w której pracuje.”



Grzegorz Miecugow w Gazecie Wyborczej:

- Gdy mówimy o tabloidyzacji mediów, to mówimy właśnie o tabloidyzacji odbiorców. Na rynku nie można abstrahować od tego, czego chce widz. To, że filmy Woody'ego Allena chodzą po godzinie 23, to nie jest wybór właściciela telewizji. To wybór widza, który chce o 20.00 oglądać rozrywkę przaśną. Telewizje komercyjne zwracają się w stronę większości, która woli "naparzankę".

Osoby odnoszące się do kontrowersyjnych słowa redaktora Miecugowa nie zwróciły uwagi, na to, że poza telewizją i kinem, także w świecie muzyki stało się bardzo podobnie. Ponad dekadę temu zdecydowana większość stacji radiowych postanowiła programować jedynie taką muzykę, która z powodzeniem przeszła weryfikację wyspecjalizowanych pracowni badań w ramach tzw. grup focusowych. To dlatego bardzo ciężko rozpoznać czy słucha się Zetki, RMF, Eski czy Radia Wawa. Poza Trójką i niewiele znaczącymi reklamowo stacjami niszowymi, praktycznie przestały istnieć tzw. audycje autorskie. Nie wiem co dzisiaj znaczy określenie „dziennikarz muzyczny”. Coraz mniej. Dzięki takiej zmianie, ale także z pomocą nowinek na rynku technologicznym, słuchacze poszukują już swojej ukochanej muzyki zupełnie inaczej. Głównie w internecie i na swoich telefonach komórkowych. Nie czekają już na single promujące nowe płyty w radiostacjach, bardzo rzadko słyszy się w eterze debiutantów, za to poszukiwania i dzielenie się ulubionymi perełkami przeniosły się chociażby do portali społecznościowych.

Dzięki internetowi dziesiątki tysięcy ludzi dowiaduje się o światowych trendach, czy nowościach i wyszukuje swoich ulubieńców co widać podczas popularnych letnich festiwali muzycznych w całej Polsce. Uczestników koncertów i festiwali w naszym kraju przybywa, a 90% procent line – upu tych imprez nie słyszy się w ogóle w polskich mediach. Wg. mnie problem telewizji w Polsce jest jeszcze bardziej złożony.

Dyskusja u Tomasza Lisa Na Żywo

Po programie Tomasza Lisa, pokuszę się o następujące podsumowanie krótkiej debaty o telewizji. Zdaniem Piotra Najsztuba telewizja od dawna nie decyduje o niczym i jej rola kulturotwórcza, czy edukacyjna jest zwykłym anachronizmem. Grażyna Torbicka mimo wszystko wierzy w widza. Ma nadzieję na to, że zwiększy się udział widza „poszukującego”. Liczy na to, że stanie się to dzięki reformie finansów mediów publicznych. Jak podsumował Najsztub – Torbicka „kocha widza”. Karolina Korwin – Piotrowska stwierdziła, że świat się zmienił i ludzie poradzili sobie inaczej. Szukają potrzebnych im informacji, rozrywki, a nawet programów telewizyjnych w internecie, smartfonach oraz na tabletach.

Ksiądz Kazimierz Sowa uważa, że taki pogląd jest warszawo-centryczny, gdyż na przykład walka TV Trwam o udział na najnowszym multipleksie pokazuje prawdziwe pole walki. Polska prowincja jest nadal zapatrzona w standardowe odbiorniki telewizyjne. Przyznaje, że poziom większości dużych stacji jest słaby, ale cieszy się, że coraz silniejsza jest rola telewizji tematycznych. Najbardziej zaskakująco wypowiadała się Ilona Łepkowska. Jej zdaniem galopujące w dół swoim poziomem programowym telewizje komercyjne są już stracone, zaś w przypadku telewizji publicznej wszystko zależy od losów abonamentu.

Na komentarz Tomasza Lisa, że wszyscy obecni w studiu ulegali lub ulegają słupkom oglądalności, odparła, że zależy „ile” ulegamy. Ona pisząc scenariusze seriali, czy filmów doszła już do ściany i nie chce więcej tak pracować. Twierdzi, że ma w tych dniach moment refleksji i zastanawia się co dalej. Nie przecząc prawdziwości słów Grzegorza Miecugowa zauważyła też, że biorąc czynny udział w programie Big Brother, sam przyczynił się do przełomu na polskim rynku medialnym. Przełomu, który dał początek końca tzw. dobrej i wartościowej telewizji w Polsce. I że powinien uderzyć się w pierś za to, że sam przyczynił się do tego stanu, niezależnie od tego jakie dzisiaj programy wprowadzi w TVN24.

Pozwolę sobie na słowo komentarza.

Po pierwsze muszę przyznać, że podobnie jak większość dziennikarzy, z którymi nieoficjalnie rozmawiał Tomasz Lis , ja także zgadzam się z tym co powiedział Grzegorz Miecugow. Nie dopowiedział wszak kilku kluczowych rzeczy, co nie musi być winą samego Miecugowa. Czy to jest wyłącznie odpowiedź na zapotrzebowanie i badania, czy jego stacja nadal chce wychowywać sobie widza, jak to było 15 lat temu, czy też prościej jest dzisiaj docierać do mniej wymagającego odbiorcy, łatwiej i taniej, czy stacja Pana Grzegorza także dołożyła się do takiego ogłupienia telewidza, wreszcie czy politycy nie rozumieją co dzieje się ze społeczeństwem wpatrzonym w srebrne ekrany bardziej niż w święte obrazki. Wniosek? Nie należy lekceważyć sobie losu telewizji publicznej. Być może nie było na to czasu, a być może Grzegorz Miecugow nie zdaje sobie z tego sprawy pracując tak długo i nieprzerwanie w jednej z największych telewizji w Polsce.

Co do gości Tomasza Lisa. Słowa Grażyny Torbickiej były według mnie skierowane przede wszystkim do widzów jej własnych programów i ewentualnie do zarządu swojej stacji. Ciężko nie zgodzić się z tym, co mówiła, bo oczywiście, że fajnie wierzyć w widza i w to, że znowu zacznie poszukiwać wyższej jakości i kultury w telewizji. Ale nie wniosła Torbicka wiele do rozmowy. Karolina Korwin - Piotrowska miała rację, ale tylko w kontekście najmłodszej i wielkomiejskiej grupy naszych rodaków. Fakt, że szukają alternatywy poza telewizją. Ale tak jak powiedział ksiądz Kazimierz Sowa – jedynie w kilku miastach. Inna sprawa, że aktywność internetowa zeszła już z największych miast do tych mniejszych. To też fakty płynące z badań i dostrzegam to w swojej pracy odwiedzając na przykład Polskę położoną przy wschodniej granicy.

Cenne słowa księdza a propos tego, że niedługo będzie się liczyć na polskiej prowincji nie 4 czy 5 kanałów jak dzisiaj, ale około 20 ze względu na uruchamiane multipleksy. Natomiast, to co dla mnie było najbardziej zaskakujące, to słowa Ilony Łepkowskiej. O ile mówiła to szczerze i nie były to puste słowa, czy klasyczna autokreacja w oglądanym programie (w stylu „OK, wiem, że robię masowe produkty dla mas, ale też już mam tego dość”) – to jej głos był bardzo mocny i wyrazisty. Bije się oto Łepkowska w pierś. A to już coś, bo naprawdę większość Polaków telemaniaków od wielu lat patrzy na świat oczami Pani Ilony. A Tomasz Lis słusznie zapytał, czy poziom telewizji będzie spadał i nie ma szans na zatrzymanie tego procesu. Mam wrażenie, że na to pytanie żaden z gości w studiu nie odpowiedział przekonująco.

Czy rola kulturotwórcza i edukacyjna telewizji jest anachronizmem?

Skupię się zatem na słowach Piotra Najsztuba. Albowiem kompletnie nie mogę się zgodzić z tym co uważa. Jestem bowiem przekonany o czymś dokładnie odwrotnym do tego co wygłosił. Mianowicie wpływ i rola telewizji w naszym narodzie jest gigantyczna i tylko rośnie. W każdym aspekcie. Zapewne i w politycznym, ale na pewno społecznym, kulturowym, światopoglądowym, otwarcia (lub nie) na świat, czy edukacyjnym. Dodajmy – niestety. Ta moja konkluzja bierze się stąd, że statystyczny Polak jedyny i stały kontakt ze światem ma wyłącznie za pomocą telewizora. Mimo udowodnionego wzrostu liczby podróży zagranicę naszych rodaków. Czy korzystania z komputerów i internetu. Tym ważniejsza wydaje mi się dyskusja o słowach Grzegorza Miecugowa i stąd mój dzisiejszych wpis na blogu. To co tu piszę wynika zarówno z wielu twardych badań (w życiu Polaków telewizja i inspiracje zasłyszane w telewizji są ważniejsze nawet od zdania rodziny!), jak i własnych wieloletnich obserwacji. Statystycznie i porównawczo do innych narodów europejskich, Polacy są prawdziwymi telemaniakami.

Grozę potęguje fakt, że w ostatnich latach, a w szczególności w czasie kryzysu gospodarczego, miażdżąca wielkość budżetów reklamowych i promocyjnych wydawana jest w telewizjach. Nie tylko na spoty reklamowe (chociaż głównie), ale także na sponsorowanie programów, tzw. product placement, czy kooperację z programami life stylowymi, pogodowymi, śniadaniowymi itp. To w praktyce oznacza, że poza sportem, który wciąż przyciąga duże budżety marketingowe, niemal całość wydatków kumulowana jest na komunikację z konsumentami poprzez stacje telewizyjne. A to oznacza na przykład głęboki kryzys na polu sponsoringu wydarzeń kulturalnych. Podobnie jak na ledwo zipiącym rynku eventowym. Wszystko to, co nie dzieje się w telewizji, to dzisiaj margines w świecie komercyjnym. Stad też odbywa się gonitwa za sensacją w tabloidach papierowych, czy internetowych – bo to akurat angażuje i intryguje duże ilości odbiorców. To dzisiaj jedyna realna konkurencja dla telewizji. Oparta wszak najczęściej na popularności telewizyjnej opisywanych gwiazd.

Tabloidyzacja telewizji.

Tym bardziej oczywisty wydaje się być proces tabloidyzacji samych telewizji, które chwytają się wszystkiego co możliwe, aby oddawać widzom produkt jakiego oczekują. Brakuje w tym szaleństwie chociaż 5 – 10% aktywności, która miałaby podnosić poziom swoich odbiorców. To samo w stacjach radiowych. Moim zdaniem to właśnie jest głównym grzechem szefów tych mediów. Błąd w sztuce. Zwróci się zresztą przeciwko nim samym. Wydaje się, że właściciele mediów są krótkowzroczni. Pędząc za zyskami, bez których oczywiście nie przetrwają, nie widzą, że kurczy się rynek komercyjny. Bo cierpi finansowanie projektów wielu aktywnych i budujących nasz kraj przedsiębiorców, ludzi kultury, kreatywnych twórców, czy po prostu osób, które mają w życiu jakiś inny cel niż oglądanie serial, albo jedzenie hamburgerów. Albowiem koniec tego galopu jest jasny dla wszystkich.

Nie kreując wyższych potrzeb, widz jest po prostu coraz głupszy. To oczywiście prostsze w obsłudze jeśli chodzi o produkcję i wymyślanie formatów. Podobnie jak w polityce – łatwiej komunikuje się z mniej wymagającymi wyborcami. Ale czy na pewno? Przecież w pewnym sensie bardzo zawęża się oferta programowa i zrozumienie tego co się pokazuje. Za chwilę widz w ogóle przestanie rozumieć to co się do niego mówi i przestanie oglądać większość programów. Może koloryzuję, ale czy jest granica otępienia?

Swoją drogą nie wierzę, że Edward Miszczak, albo Nina Terentiew nie chcieliby robić rzeczy dobrych i ciekawych. A potrafią. Większość komentatorów krytykuje dyrektorów programowych stacji. Ale oni dostają zadania od swoich zarządów, a zarządy wskazują na dyrektorów finansowych, biura reklamy i akcjonariuszy, no i kółko się zamyka. Na polskim rynku jedynie Dyrektor TVP2 Jerzy Kapuściński otwarcie opowiada się za walką o rozwój intelektualny swojego widza. Wielu przepowiadało mu szybki koniec przygody z anteną. Jednak nadal pracuje i wcale nie jest tak tragicznie z oglądalnością jak histerycznie prorokowali niektórzy. A po co w ogóle myśleć o tych myślących, czy przedsiębiorczych? Bo oni kreują rozwój kraju. Zaś ci młodsi po prostu wyjadą z Polski. Taka będzie najboleśniejsza konsekwencja tych karygodnych niedopatrzeń i nic nie robienia. Pasywności.

Badania odbiorców mediów – czy na pewno widzimy pełny obraz sytuacji?

Szukam pra-przyczyny. Wiadomo, wielka kasa i reklamodawcy opierają się wyłącznie na badaniach. A badania potrzebne są im do optymalizacji wydatków, celnego docierania do odbiorców. Tylko czy ten obraz jest na pewno w 100% prawdziwy? Czy widzmy cały rynek? Jak to możliwe, że jednak jest pewna kategoria obywateli – widzów a jakże – która nie jest przebadana. Wg. mnie wielkim kłopotem koncernów i mediów, w tym także czołowych stacji telewizyjnych i radiowych, jest od lat metodologia prowadzonych w Polsce badań oglądalności, słuchalności, czy czytelnictwa. Albowiem zgadzając się z tym, że naród głupieje, nie można nie dostrzegać odwrotnego zjawiska w mniejszych grupach ludzkich, które są szalenie trudne do badania przez wyspecjalizowane pracownie. Mam na myśli telewidzów, słuchaczy czy czytelników – zwanych specjalistycznie „premium”. Moim zdaniem – to może być remedium na kłopoty o których piszę. To nie jest do końca klasa średnia. Chociaż także. Raczej coraz ważniejsza dla wielu marketerów - grupa osób aktywnych, poszukujących, często młodych (ale nie tylko), a ceniących jakość. Najczęściej ciekawi świata, wykształceni, wielu nieźle sytuowanych. Marketerzy używają wobec tych ludzi określenia „aspirujący”. Ale mnie chodzi o jeszcze jeden etap dalej. Chcę opisać Państwu tych, których aspiracje przekuwają się już w działanie. Wydają kasę, bo ją już mają (ale nie muszą być milionerami) i lubią żyć ciekawie. Za chwilę spróbuję powiedzieć dlaczego prawie nikt nie umie obliczyć ilu takich ludzi żyje w Polsce i nie potrafi raportować ich aktywności medialnych. Skazując ich na niebyt w krainie medialnej.

Badania muzyki przypadkiem pokazały to, czego nie widzimy w badaniach telewidzów.

Na chwilę dygresja. Weźmy znowu na warsztat muzykę. W 2008 roku miałem przyjemność zainicjować pierwsze w Polsce na większą skalę badanie TNS OBOP, przy współpracy agencji, którą prowadzę, mające określić preferencje muzyczne Polaków. Próba była ogólnopolska 1050 osobowa, zaś raport z tej operacji był bardzo obszerny i szczegółowy. Badane były nie tylko słuchane gatunki muzyczne, ale także aktywności słuchaczy danych gatunków, ich zainteresowania, przyzwyczajenia, inne preferencje. I tak dalej. Zgodnie z tym badaniem (ograniczę się do prostych wniosków) okazało się, że w Polsce króluje muzyka pop (w tym dance), rock i…disco – polo. W roku 2008 były to jednak szokujące dane. Przyznam, że nie śledząc na co dzień tego co dzieje się na polskiej prowincji, wsiach i małych miasteczkach, nie wiedzieliśmy, że kompletnie nieobecne medialnie i sprzedażowo (w sklepach płytowych) disco – polo jest nadal takie silne w skali ogólnopolskiej. Co więcej, porównując te badania do fragmentarycznych danych sprzed 10 czy 15 lat, widać było, że tzw. masa – czyli większość narodu - słucha tego disco – polo więcej niż kiedykolwiek wcześniej! Dokładnie to samo badanie pokazało jednak coś ciekawego. Okazało się, że blisko 3,3 miliona Polaków słucha muzyki jazzowej, soulowej, acid – jazzowej, elektronicznej, chill – out i klubowej. To z kolei wiele razy więcej niż dekadę wcześniej.

Można zatem powiedzieć tak. Tak zwany wielki tort mainstreamowy krajowego słuchalnictwa niegdyś zdominowany przez muzykę rockową i trochę pop, a jedynie z domieszką disco – polo, zszedł przez te lata nieco na psy. Powodów nie znam, ale zapewne wpływ wszelkiej maści darmowych imprez masowych na prowincji, wielka ofensywa Eska Hity Na Czasie i profil radiostacji wpłynęły na „wypłukanie” z jakości tej największej rzeszy Polaków. Ale dokładnie w tym samym czasie - sądzę, że nie tylko dzięki takim nazwiskom jak Jopek, Waglewski, Nosowska, Możdżer, Stańko, Dudziak, Andrus z jednej strony, a Niedźwiecki, Kydryński, Kaczkowski, Moritz, czy może nawet niżej podpisany, z drugiej - ale przede wszystkim dzięki rozwojowi internetu, i nowych technologii – rozmaite niszowe gatunki muzyczne (tak się na nie mówiło w latach 90-tych) stały się naprawdę bardzo popularne. I mimo, że w maintreamie poziom spadł w dół, to te kiełkujące zagłębia słuchaczy wyższej jakościowo muzyki w Polsce z kręgów kilku tysięcy, może 10 000 odbiorców w tych największych miastach, powiększyły się więcej niż 6 razy. Liczba tych odbiorców podskoczyła w skali ogólnopolskiej z 0,5 mln do 3,3 milionów! Dodam, że wyodrębnienie tej grupy odbywało się na granicy błędu. Liczba odbiorców takich gatunków w grupie ogólnopolskiej nie jest wielka. Ale właśnie w tym badaniu udało nam się zachować odpowiednią próbkę i zapewne przez przypadek udało się. TNS OBOP opublikował raport i dzięki temu wiemy, że dotarliśmy do bardzo ciekawej grupy ludzi.

Badania telewidzów i słuchaczy radia – kto nie bierze udziału w ankietach.

A teraz wracam do telewizji i radia. Co do prasy i internetu – nie wypowiadam się szczegółowo, bo nie obserwuję z bliska. Postaram się opisać takiego człowieka, który w mojej wcześniejszej historii – czyli podczas badania muzyki – jest odbiorcą tych kiedyś niszowych gatunków – czyli należy do grupy 3,3 mln Polaków. Ale oczywiście abstrahuję tutaj od tego czego tak naprawdę słucha taka osoba – telewidz czy słuchacz radia. Proszę wyobraźcie sobie Państwo takiego typowego zawodnika – reprezentanta tego co nazwałem wcześniej – grupy odbiorców „premium”, także po części klasy średniej. Pracuje dużo, a wg. mnie dzięki takim ludziom nasz kraj rozwija się nie najgorzej, jest młody albo w średnim wieku, raczej ma, a w każdym razie - będzie miał dzieci, mieszka w dużym mieście, jest ciekawy świata i podróżuje, lubi oraz interesuje się muzyką, filmem, czasem teatrem, wychodzi do restauracji, ma raczej sporo znajomych, im też poświęca część czasu, rzadziej bywa w klubach, ale wychodzi z domu, niekoniecznie często, ale czyta i jest odbiorcą wielu mediów. Lubi internet. I do takiego gościa dzwoni nagle - oczywiście w chwili kiedy spóźnia się na spotkanie, wraca za późno do domu, je albo nie wiem, jest w kinie - ankieter i zaczyna swój wyuczony speech czy zechce wziąć udział w badaniu.

Od trzech lat pytam o to wielu moich znajomych, którzy wydaje się, że spełniają powyższe kryteria. Czy bierzesz udział w badaniach wyspecjalizowanych instytutów badawczych. Mogę się mylić, że tak jest z każdym delikwentem, ale moi rozmówcy w 100% odpowiedzieli, że żałują, ale nie mieli czasu albo siły. Kolejne pytanie, czy używasz w domu tego słynnego specjalistycznego pilota telewizyjnego służącego do badań typu online. Nie, nie posiadam i nigdy nie korzystałem. Trzecie pytanie, czy brali udział w badaniu focusowym (grupa osób zapraszana jest do specjalnego pomieszczenia, moderator prosi każdego o opisanie swoich wrażeń po emisji reklamy, piosenki, czy pokazaniu danego produktu). Nie, nigdy nie byli tam nawet zaproszeni. Ale nie wzięliby udziału nawet gdyby ktoś ich tam zaprosił. To akurat 100% tych, których napotkałem ja. Ale porozmawiałem z kilkoma socjologami pracującymi przy badaniach rynkowych. A także z szefami dwóch biur reklamy i kilku domów mediowych. Okazuje się, że w ogóle nie było nigdy takiej potrzeby i takiego zlecenia! Zleceniodawcy (media, koncerny, agencje reklamowe) nie zwracały się o to. Owszem, każda z tych osób przyznała mi rację, że może szkoda, że na świecie są inne metody szacowania takiego odbiorcy premium. Bo to w końcu konsument towarów luksusowych. Ale oczywiście tacy ludzie nie biorą udziału w aktywnych badaniach. Były podobno pojedyncze badania z udziałem takich osób, ale nawet nie pamiętają o co mogło chodzić. Najczęściej starają się aby podczas badania chociaż kilkanaście, maksymalnie kilkadziesiąt osób było z Warszawy czy innego dużego miasta i tyle.

Zapytacie Państwo czy ja skusiłem się porozmawiać z ankieterem. No więc 8 lat temu raz zadzwonili w dzień powszedni około 19, byłem zajęty i oczywiście odmówiłem. Nie dopytali mnie o inny dogodny dla mnie termin na rozmowę. Jednak trzy tygodnie temu odebrałem taki telefon ponownie i z radością wziąłem udział w badaniu Radio Track. Panu chodziło o to czego słuchałem dzień wcześniej. A słuchałem Radia PIN przez 10 minut około 21.00. Proszę mi wierzyć, nic nie dały moje lamenty i narzekania – ponad 12 minut Pan maglował mnie kim dokładnie jestem, jakie znam stacje radiowe w Warszawie, zadając dziesiątki pytań pomocniczych i naprowadzających, i kiedy doszliśmy do tego czego i jak długo słuchałem dzień wcześniej, byłem już zdrowo wykończony rozmową. Wątpię abym powtórzył ten eksperyment, bo rzadko siedzę, nic nie robię i mam siłę na werbalną wiwisekcję meandrów warszawskiego rynku radiowego.

Wnioski

No i mamy rozwiązanie zagadki. Zagubiony został kawał naszego społeczeństwa. Nie dywersyfikujemy rynku na masowy i ten premium. Nawiązując żartobliwie do mojego przykładu badania preferencji muzycznych Polaków, nie dostrzegamy, że nasz kraj rozwija się nie tylko dzięki tym co słuchają disco – polo, ale jakże cenni i ciekawi demograficznie (a i co do siły nabywczej) są także odbiorcy czarnych rytmów i jazzu. Co gorsza, widoczny jest brak wizji rozwoju obywateli naszego kraju wśród kadry zarządzającej w każdej instytucji i na każdym szczeblu. Dotyczy to tak mediów, jak polityków, ale także wielkich koncernów (co trochę bardziej zrozumiałe). Nie kreuje się ludzi wyedukowanych, nie podnosi się poziomu mas. Może czasem jakaś słaba reforma systemu szkolnictwa, jakieś stypendia naukowe i starczy. Ale mając wpływ na telewizję nie ma takiego pomysłu. Tak, są wyjątki – ale generalnie wciąż nie widać tych starań. Może nie jest jeszcze za późno. Popatrzmy na historię Polski, popatrzmy na inne kraje. Może dałoby się zachęcić ludzi „u sterów” aby na chwilę, choćby w ramach walki z nudą, zechcieli pomyśleć o przyszłości naszej ojczyzny i jej obywateli. W kontekście docenienia tej harującej esencji narodu, siły roboczej, ale i myślącej, tej śmietanki, tego procentu, który tak trudno oszacować. Nawet jeżeli nie jest to jakaś konieczność, czy obowiązek kogokolwiek.

Oczywiście zanim napisałem ów tekst, postarałem się sprawdzić jak wygląda zagadnienie badań na świecie. Uważając je być może naiwnie za źródło wielu nieporozumień, bo skoro tylko „przebadane” może być „finansowane”, to badajmy porządnie! Zapytałem więc kilku agencji w Londynie jak to się dzieje u nich. Nie poznałem co prawda szczegółów, nie zajmuję się tym na co dzień, ale z grubsza potwierdzam – usłyszałem, że jak najbardziej „da się”. Owszem, są sposoby i są takie zlecenia. Jak to sobie wyobrażasz – pisze mi jeden z Anglików - jak moglibyśmy obsługiwać McLarena podczas wyścigów F1, gdyby nie było miarodajnych danych dla naszego klienta. No tak, McLaren i F1 brzmi kosmicznie w Polsce, ale takie telefony, alkohole, samochody, komputery, i wielu innych producentów produktów premium (pardon – luksusowych) mogłoby wymóc na swoich agencjach i domach mediowych zmianę podejścia. Doszacowanie rynku. A Ci ludzie już spowodują, że koło zamachowe rozwoju ruszy do przodu. Wtedy na przykład w stacjach telewizyjnych emitowane programy po 22.00 (w Wielkiej Brytanii to jest prime time!) zaczną mieć wyniki i szacunek na rynku. W trochę innej, ale jakże wartościowej i rozwojowej, grupie docelowej. A nasze kadry zarządzające zdają się nie mieć takiej świadomości, że najzwyczajniej "można". Nie odczuwają najmniejszej potrzeby zmiany otaczajacej nas i postępującej tabloidyzacji. Nie widzą w tym biznesu. Politycy podobnie. Ale przecież na tych ludzi można liczyć, warto o nich pamiętać. Oni przecierają szlaki, podnoszą poziom życia reszty. Przecież coś się już w Polsce zmieniło. Chciałbym w to wierzyć.
Trwa ładowanie komentarzy...