Walentynki z muzyką The Beatles!

Redakcja platformy natemat.pl zaproponowała mi nieoczekiwanie, abym zaprezentował Państwu nietypowy walentynkowy koncert, który organizuję w najbliższy czwartek w Warszawie. Zwykle nie reklamuję własnych imprez na swoim blogu. Ale skoro wyraźnie zachęcają - czemu nie. Faktycznie warto.


Na początek kilka wspomnień z mojego życia. Początkowo, jako dziecko, wychowywałem się w domu rodzinnym pełnym polskiej muzyki „na nucie blue”, jak mawiał mój ojciec kompozytor Wojciech Trzciński. To były lata 70-te. Do tego należy dodać obecne pod ręką pierwsze w Polsce egzemplarze płyt Earth, Wind & Fire, czy Quincy Jonesa. No i sporo jazzu. Później była „samodzielna” fascynacja Prince’m i Michaelem Jacksonem. To była pierwsza połowa lat 80-tych. To zapewne zaowocowało 30 lat później serią Pozytywne Wibracje i moją miłością do czarnej muzyki soul i funk w latach 90-tych. Lady Pank , czy Maanam w latach 80-tych także pobrzmiewały na moim adapterze. Oczywiście, że tak. Republika, czy też nawet Obywatel GC, a także Dezerter i trochę The Doors to był już koniec lat 80-tych. Zaś koniec mojej podstawówki i początek liceum zdominowały zespoły The Clash i U2, pomieszane z Davidem Bowie, Talking Heads i Beastie Boys. Ale w późniejszych klasach liceum i na początku studiów zdecydowanym numerem jeden był dla mnie zespół The Rolling Stones. Najważniejsi dla mnie - w jakże pięknym czasie życia każdego młodzieńca. Koncerty tych ostatnich zespołów to zresztą niezapomniane pielgrzymki do Czech, a także szereg wspaniałych wspomnień z polskich koncertów tych legendarnych formacji przez kolejną dekadę. Co było później z tymi moimi fascynacjami muzycznymi nie jest waż tak ważne. Mniejsza o to. Za to bardzo istotny dla niniejszego wpisu na moim blogu jest fakt, że właściwie dopiero po 2000 roku, po wielu latach, odkryłem wartość i moc muzyki The Beatles. Także słuchając wielu nowych młodych zespołów w Polsce i zagranicą. Bo bardzo wiele z nich czerpało i nadal czerpie z mistrzów garściami. Co jest niewątpliwym fenomenem.



A zatem nie będę chyba za bardzo stronniczy, jeśli napiszę Państwu, że Polska to kraj zakochany przede wszystkim w The Beatles. Tak zwana "beatlemania" znowu zawładnęła sercami Polaków. W czym nie jesteśmy odosobnieni. To nie jest fakt powszechnie znany, za to przebadany. Przemawiają chociażby liczby. W XXI wieku, w ciągu ponad 12 lat, na całym świecie sprzedało się najwięcej płyt… The Beatles właśnie. Zresztą mają oni na swoim koncie szereg innych, trudnych do pobicia rekordów w światowym showbusinessie. A jakiś czas temu minęła 50-ta rocznica zagrania przez nich swojego pierwszego koncertu.

http://dziendobry.tvn.pl/video/beatlesomania-trwa,1,newest,76215.html

Nasz kraj szczególnie niecierpliwie czeka na przyjazd Sir Paula McCartneya. The Beatles nie zdążyli zagrać w Polsce ani razu. Za to McCartney nadal gra fenomenalne koncerty, w większości zresztą złożone z repertuaru kultowej czwórki z Liverpoolu. O tym koncercie plotkuje się już kilka lat. Miał odbyć się w Warszawie. Od kilku dni wieść niesie, że Sir Paul zawita do Polski do Wrocławia i to już na początku czerwca tego roku. Wszyscy o tym mówią, a fora internetowe huczą powątpiewając, czy to jest w ogóle możliwe. To jeden z najdroższych artystów na świecie, a przepiękny stadion we Wrocławiu nie jest wcale największy w Polsce. Jest trochę mało czasu na sprzedaż biletów, szczególnie w stolicy Dolnego Śląska. Nie wiem ile jest w tym prawdy, zważywszy także na to, że takie przedwczesne informacje nie zwiastują zwykle potwierdzonych koncertów. Trochę falstart. Jedno wiem na pewno. On przyjedzie do Polski w tym, albo w 2014 roku. Zagra albo we Wrocławiu, albo w Gdańsku, albo jednak na Stadionie Narodowym. Co byłoby naturalne i sensowne. Zobaczymy jak będzie.


Tymczasem już za chwilę, to znaczy 14 lutego 2013 roku, w Walentynki, w Sali Kongresowej w Warszawie na zaproszenie agencji STX Jamboree, której jestem współtwórcą, po raz pierwszy w Polsce wystąpi najbardziej utytułowana formacja wykonująca muzykę The Beatles na koncertach. Niejaki „The Bootleg Beatles” z nowym show „And I Love Her”. Prosto z Wielkiej Brytanii oczywiście. Piotr Metz, dziennikarz muzyczny i znany „beatlesolog” zarekomendował nam tę formację jako najlepszy na świecie zespół coverujący The Beatles. Dotychczas zagrali oni bagatela ponad 4000 koncertów. Wystąpili m.in. na Glastonbury Festival, w Royal Albert Hall, na Wembley, w telewizji BBC, a także w domu Paula McCarteya. Panowie są łudząco podobni do pierwowzoru, tak fizycznie, jak i muzycznie, śpiewają bardzo podobnie do legend, a także używają oryginalne stare instrumenty i wzmacniacze. Dzięki temu ich atrakcyjny, nie tylko od strony wizualnej, show przenosi nas w czasie do lat 60-tych. Słyszymy dźwięki z tamtych czasów. Jakby tamto wtedy, zabrzmiało dzisiaj. Wprost 1:1 bez żadnych unowocześnień. Jedynie trochę głośniej.


W tym kontekście warszawska Sala Kongresowa to dobre miejsce, bo powstało przecież w tamtym czasie. Podkreśla to swoiste wrażenie przeniesienia w czasie. To bardzo ciekawa propozycja dla wszystkich zakochanych w muzyce The Beatles, dla wszystkich zakochanych w ogóle, bo jest to show typowo walentynkowy, ale także i dla dzieci. Żeby poznały klasyków i zrozumiały z czego czerpie szereg znanych światowych kapel nagrywających współcześnie.

A zatem póki nie ma jeszcze oficjalnego potwierdzenia dotyczącego przyjazdu Paula McCarteya do Polski, spotkajmy się w najbliższy czwartek posłuchać ukochanego zespołu Polaków w niezłym wykonaniu. Właśnie w Sali Kongresowej w Warszawie. Ostatnie bilety do nabycia w kasie Sali Kongresowej oraz w salonach Empik. Trzy lata temu podobny show z Wielkiej Brytanii „The Magic of The Beatles” oglądał komplet publiczności. Spieszcie się i do zobaczenia.
Trwa ładowanie komentarzy...